stefania_lackaStefania Łącka urodziła się 6 stycznia 1914 roku w Woli Żelichowskiej, jako córka Antoniego i Agnieszki z Wcisłów. Była trzecim i ostatnim dzieckiem. Jej starsi bracia to Franciszek i Jan. Rodzice byli ludźmi bardzo pracowitymi i religijnymi, i w takim duchu wychowywali swoje dzieci. Źródłem utrzymania rodziny było gospo­darstwo rolne.

Gdy wybuchła l wojna światowa Antoniego Łąckiego zmobilizowano do wojska. Lata pobytu na frontach wojny poważnie nadszarpnęły jego zdrowie. Po powrocie do domu niedługo dane mu było cieszyć się życiem. Osłabiony zapadł na czerwonkę i zmarł 20 paź­dziernika 1921 roku. Po śmierci ojca cała praca na roli oraz troska o utrzymanie rodzeństwa spadła na barki matki oraz starszego syna Franciszka. Mimo, że rodzina Łąckich do zamożnych nie należała, to jednak w domu  było dużo książek i gazet,  np. "Rycerz Niepokalanej" czy "Posłaniec serca". Zawsze znalazło się miejsce i miska strawy dla ubogich i żebraków. Był to dom, którego cechowała goś­cinność oraz wrażliwość na niedolę bliźnich.

Tak więc Stefania od najmłodszych lat wychowywała się w atmosferze głębokiej  wiary, pracowitości, szacunku dla każdego człowieka, zwłaszcza cierpiącego lub potrzebującego pomocy. Bardzo poważny wpływ na życie rodziny Łąckich wywierał proboszcz ks. Piotr Halak.

W 1932 roku zginął w wypadku brat Franciszek. Był to kolejny cios dla Stefanii. To tak, jakby drugi raz straciła ojca.

Pierwsze lata nauki pobiera Stefania w szkole  powszechnej w Woli Żelichowskiej. Według relacji ówczesnej kierowniczki szkoły, Anieli Grabiec, uczyła się doskonale, posiadała wrodzoną inteligencję, była pracowita, chętna do pracy pozaszkolnej  oraz niesienia pomocy koleżankom. Do klasy VI i VII szkoły podstawowej uczęszczała w Dąbrowie Tarnowskiej.

W 1928 roku, w wieku  14 lat, ukończyła siedmioklasową szkołę powszechną i w roku szkolnym 1928/29  została uczennicą I Żeńskiego Seminarium Nauczycielskiego im. Błogosła­wionej Kingi w Tarnowie. Zamieszkała u państwa Kalecińskich, których córka Maria również rozpoczęła naukę w tej szkole. Będąc uczennicą seminarium, Stefania imponowała  wszystkim wiedzą, taktem, dużą kulturą du­chową, delikatnością a jednocześnie ogromną prostotą. Koleżanki lgnęły do niej, bo miała w sobie coś matczynego. Umiała poradzić, pocieszyć, dla każdego miała dobre słowo. Osiągała bardzo dobre wyniki w nauce i w krótkim czasie stała się pierwszą uczennicą w klasie, a potem w szkole.

W 1930 roku wstąpiła do Sodalicji Maryjańskiej w kościele Filipinów. Jako prezeska Sodalicji szkolnej  wykazywała się dużym talentem organizacyjnym oraz predyspozycjami przyciągania do swojej działalności innych. W szkole zaangażowana była również w pracy harcerskiej, grała w orkiestrze oraz brała aktywny udział w szkolnych uroczystościach.

Jej klasówki z języka polskiego stale uzyskiwały najwyższa ocenę za piękną treść i nienaganną formę, dlatego Stefania szybko weszła w skład zespołu redakcyjnego miesięcznika szkolnego "Złota nić". W piśmie tym uczennice i absolwentki Seminarium, rozsiane po całej Polsce, pisały o wszystkim, co raduje, smuci, o pracy społecznej, życiu szkolnym z najdalszych kresów kraju, łącząc się w trudnej pracy w jedną rodzinę. Artykuły Stefanii oprócz nienagannego stylu przepojone były miłością Boga, Ojczyzny i bliźniego.

Po zdaniu matury w 1933 roku i uzyskaniu  Dyplomu na nauczyciela szkół powszechnych, Stefania jakiś czas przebywała w domu rodzinnym, gdyż nie mogła znaleźć pracy w zawodzie nauczyciela. W tym samym roku rozpoczęła pracę w Drukarni Diecezjalnej. Tutaj współredagowała tygodnik katolicki diecezji tarnowskiej "Nasza sprawa", na łamach którego prowadziła dział dla dzieci „Króluj nam Chryste”. Praca ta pochłonęła ją całkowicie. Ksiądz Franciszek Węgiel, który pamiętał Ją z tamtych lat, wspominał, że „była wyjątkowo utalentowaną dziewczyną, oddaną Bożej sprawie i zdolną redaktorką”.

Stefania mimo nawału pracy, zawsze znajdowała czas, aby w wspomagać potrzebu­jących  i cierpiących. Często odwiedzała chorych w szpitalach, zwłaszcza znajomych, przynosząc im otuchę oraz żywność. Bardziej przeżywała cierpienia bliźnich niż swoje, a radość innych była Jaj radością.

Gdy nadszedł wrzesień 1939 roku Stefania wraz z całym personelem drukarni  opuszcza Tarnów, kierując się na wschód. Nie wiadomo jak daleko doszła w tej ucieczce i kiedy wróciła do domu rodzinnego w Woli Żelichowskiej. Tutaj proszono ją, aby została i podjęła tajne nauczanie młodzieży. Nie mogła jednak podjąć tej pracy, gdyż w tym czasie została wezwana przez księdza Paciorka do Tarnowa, do drukarni. Ksiądz Paciorek darzył Ją ogromnym zaufaniem i pragnął, by zaangażowała się w działalność konspiracyjną. Stefania całkowicie oddała się tej pracy i bardzo rzadko przyjeżdżała  wówczas do domu.

16 kwietnia 1941 roku gestapo tarnowskie  aresztowało całą redakcję. Stefanię Łącką  więziono  początkowo   przy ul. Urszulańskiej, a potem skatowaną przewieziono do tarnowskiego więzie­nia. Podczas przesłuchania na gestapo była torturowana, wybito jej przednie zęby, wyrwano garść włosów, zepchnięto ze schodów. Mimo to niczego się od niej nie dowiedziano, nie załamała się, nie wydała nikogo. W czasie pobytu w tarnowskim wiezieniu z naraże­niem życia niosła pomoc współwięźniarkom, ratując niejednej z nich życie. Jak mówiły, była bohaterką, osobą opatrznościową, była siłą, która pozwoliła im przetrwać koszmar więziennego życia, a siłę swoją czerpała z mod­litwy.

27 kwietnia 1942 roku, razem z grupą innych więźniarek ,  wywieziono Stefanię Łącką do obozu koncen­tracyjnego w Oświęcimiu. Była to pierwsza grupa więźniarek - Polek, które znalazły się w oświęcimskim obozie zagłady. W obozie  wydzielono i odgrodzono 10 bloków, w których utworzono oddział kobiecy. Był on początkowo podporządkowany komendanturze żeńskiego obozu koncentracyjnego w Ravensbruck, a od lipca 1942 roku bezpośrednio ko­mendantowi Auschwitz. Stefania Łącka otrzymała numer obozowy 6886. Codziennie po apelu Kobiece Komando w liczbie około 100 osób wy­chodziło do pracy poza teren obozu. Pilnował ich SS-man z karabinem i psem oraz dwie Niemki w mundurach SS-mańskich z pistoletami i pejczami w rękach. Praca była bardzo ciężka - kopano i równano teren.

„Podczas powrotu do obozu - wspomina koleżanka obozowa Maria Bałut - przeżyłam tylko dzięki Stefanii, która pomogła mi fizycznie podtrzymując mnie oraz dodawała otuchy, kiedy nie mogłam znieść bólu nogi i chciałam zostać”. Zostanie na drodze było równe śmierci. Innym razem, jak wspo­mina współwięźniarka Helena Panek, „gdy stałyśmy dwie doby na placu apelowym czekając na zdziesiątkowanie szeregów za ucieczkę więźniarek, Stefania prosiła, aby mogła mnie zastąpić, gdyby wyczytano moje nazwisko. Na szczęście do tego nie doszło”.

stefania_lacka_01W sierpniu 1942 roku Stefania Łącka zostaje przeniesiona do obozu kobiecego w Brzezince. Tam bardzo ciężko choruje na tyfus. Gdy tylko stan Jej zdrowia ulega poprawie, zgłasza się do pracy przy obsłudze ciężko chorych. Wkrótce, dzięki znajomości języka niemieckiego, otrzymuje funkcję sekretarki blokowej. Pełnienie tej funkcji oraz przynależność do zorganizowanego ruchu oporu na terenie obozu, daje jej większe możliwości poświęcenia się  niesieniu pomocy innym. Przekazuje pocieszające wiadomości z frontu, "organizuje" dla chorych lekarstwa, witaminy, bandaże. Ma więcej czasu na konkretną pomoc: roznosi wodę /będącą na wagę złota/, pisze listy do rodzin tych współwięźniarek, które same pisać nie mogą, pamięta o tych, którzy nie otrzymują paczek. Przetrzymuje na bloku szpitalnym te, które są jeszcze słabe, a mają wyroki karnych oddziałów. Przekonuje załamujące się chore kobiety o konieczności walki o przetrwanie. Była - jak mówią współwięźniarki -ziemskim Aniołem Stróżem. Aniela Turecka Wajda  wspomina:  „skreśliła mnie z listy osób przeznaczonych na śmiertelny zastrzyk - narażając własne życie”. Ale dla Stefanii, bardziej ważne wydaje się życie innych. Mając świadomość, że w tej nieludzkiej egzystencji pełnej upokorzenia i upodlenia tylko modlitwa i wiara w Boga może dodać sił do przetrwania, w pełnej konspiracji organizuje nabożeństwa majowe, czerwcowe i październikowe. Również dzięki niej Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocne są widoczne w życiu obozowym. Jej postawę w tych tragicznych czasach tak określił ks. Marszałek: "Stworzyła postać człowieka pełnego najwyższych walorów moralnych, wykazała jak można zachować człowieczeństwo w warunkach, w których to słowo zepchnięte było na samo dno poniżenia".

22 stycznia 1945 roku Stefania razem z kilkoma koleżankami - już w czasie likwidacji obozu przez Niemców - postanowiła po cichu opuścić to miejsce gehenny. Mimo, że pierwszego dnia im się to nie udało, bo zostały ostrzelane, druga próba powiodła  się. Były wolne ! I tak w ciągu kilku dni przez Kęty, Kalwarię Zebrzydowską  doszły do Krakowa. Tam ich drogi rozeszły się. Stefania odwiedziła matkę obozowej koleżanki - p. Anastazję Grodecką, u której przez dwa tygodnie leżała, lecząc odmrożenia i pokryte ranami nogi. Dopiero 10 lutego czuje się na tyle dobrze, by ruszyć w dalszą drogę.

Z Krakowa przyjeżdża do Tarnowa, potem do Olesna. W Oleśnie ksiądz proboszcz użyczył jej koni, które zawiozły ją do domu w Woli Żelichowskiej. Radości z powitania z rodziną nie było końca, Codziennie dużo znajomych i sąsiadów przychodziło, aby dowiedzieć się o "barbarzyństwach" obozowego życia.

Potem przyszła codzienność. Stefania zdawała sobie sprawę, że jej stan zdrowia nie jest najlepszy. Jednocześnie pragnęła kontynuować naukę. Marzenia te realizuje, podejmując w 1945 roku studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Niestety jej stan zdrowia ciągle pogarszał się. Miała chore płuca i powiększone serce. W ciężkim stanie trafia do szpitala przy ul. Kopernika w Krakowie, gdzie umiera 7 listopada 1946 roku. Paradoks jej śmierci polegał na tym, że Ta, która towarzyszyła śmierci, zamykała oczy wielu współwięźniarkom chroniąc je od uczucia osamotnienia i zapomnienia w ostatnich chwilach życia - umarła samotnie. W jej ostatnich godzinach, nikt z rodziny czy tak jej drogich współwięźniarek obozowych nie pochylał się nad nią, nie modlił się, nie zamknął jej oczu. Pozostała sama z wielką wiarą w Tego, do którego odeszła.

Pogrzeb odbył się 10 listopada 1946 r. w Gręboszowie. Zgodnie z życzeniem, pochowano Ją obok matki, którą tak bardzo kochała.  Na pożegnanie była współwięźniarka  p. Wajdowa powiedziała: „ratowałaś nam wszystkim życie, a my nie mogliśmy Cię uratować..."

17 maja 1981 r. w Kościele Parafialnym w Gręboszowie dokonano odsłonięcia Tablicy Pamięci ku czci Stefanii Łąckiej. Poświęcenia Tablicy dokonał ksiądz  biskup Jerzy Ablewicz.

Gdy w 1981 roku  w Szkole Podstawowej w Woli Żelichowskiej  odsłonięto Tablicę Pamiątkową ku czci Stefanii Łąckiej, Maria Kozaczkowa pisała:

„Może w przyszłości będzie Twe nazwisko

Patronem szkoły za „Serce w pasiaku?”

Marzenie poetki ziściło się po 22 latach. 15 czerwca 2003 roku Stefania Łącka została Patronem Publicznego Gimnazjum w Woli Żelichowskiej.

Serce  Stefanii Łąckiej przestało bić. Odeszła, lecz nadal żyje wśród nas, bo wartości jakim służyła są nieprzemijające, a dobroci ludzkiego serca nie zastąpią nawet największe osiągnięcia cywilizacji.

 

Konto parafii

BANK SPÓŁDZIELCZY Dąbrowa Tarnowska ODDZIAŁ GRĘBOSZÓW
NR 96 9462 1013 2004 4000 0866 0001

­